Mam na imię Maryte
Literatura piękna,  Recenzje

Mam na imię Maryté – Alvydas Šlepikas

„Mam na imię Maryté” to historia „wilczych dzieci”, o których w literaturze nie pisze się zbyt wiele. Niewielu pisarzy czy reporterów podejmowało do tej pory ten temat, jednak w ostatnim czasie tego zadania podjął się Alvydas Šlepikas i wyszło z tego coś absolutnie niezwykłego.

Niemieckie dzieci, które po II Wojnie Światowej uciekały na Litwę, aby przeżyć, najczęściej na zawsze traciły swoich rodziców, rodzeństwo i jakikokwiek kontakt z przeszłością. „Mam na imię Marytè” to nie tylko historia tytułowej dziewczynki, która została zmuszona do szukania swojego miejsca w powojennym świecie okrutnym dla Niemców. Ta powieść zatacza zdecydowanie większe kręgi, które pozwalają nam poznać tę historię z kilku perspektyw, m.in. matki, która musi zrobić dosłownie wszystko, aby jej dzieci mogły przeżyć, czy też ludzi, którzy decydują się na pomoc w obliczu tak ogromnego ryzyka.

Autor w poetycki sposób przedstawia nam świat, w którym panują nowe zasady, tak bardzo nieludzkie i krzywdzące. Świat ten oglądamy z perspektywy dzieci, które w nieco naiwny sposób obserwują to, co dzieje się wokół nich. Każda, nawet najbardziej niewinna sytuacja, jak chociażby otrzymanie chleba od nieznajomej, czy podróż do odległego miejsca z ludźmi, których przez przypadek spotkało się na swojej drodze ostatecznie kształtują ich człowieczeństwo.

 

„Później będzie łatwiej, ważne, żeby tylko się nie zdradzić, nie spieszyć zanadto, nie rozglądać, nie spotkać z nikim wzrokiem. Ludzie są jak zwierzęta. Jeśli spojrzeć im w oczy, od razu napadną bez ostrzeżenia.”

 

Mamy w tej opowieści do czynienia z historią matki, siostry, przyjaciółki i dzieci, które żyjąc w Prusach Wschodnich po wojnie zostały wyrzucone z własnych domów jedynie z uwagi na narodowość. To tym zawiniły. Ich życie od tamtej pory składa się z licznych prób zdobycia jedzenia i podtrzymywania ciepła w pobliskim starym budynku, który od teraz służyć im będzie za dom.

Już na pierwszych stronach powieści autor udowadnia, że to nie będzie łatwa lektura. Nieudana ucieczka, okrutny gwałt i pobicie staje się dla bohaterów codziennością. Jednak w tej tragicznej rzeczywistości rodzi się pewna nadzieja w postaci ludzi, których bohaterowie spotykają na swojej drodze. Nawet najmniejsze gesty sprawiają, że ludzie odzyskują nadzieję na to, że kiedyś będą mogli żyć w świecie, który nie będzie „musiał ich tolerować”, ale zostaną po prostu zaakceptowani.

 

„To, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach wojny i tuż po jej zakończeniu, tak przygniotło ludzi, że wszystko, co pamięć wyrwała przeszłości, zdawało się nieprawdą. Wydawało się, że nigdy nie było pokoju, bezpiecznych i ciepłych domów, sytych i smacznych posiłków. Wszystko nagle się rozpadło. Osłabły też więzi między ludźmi. Kiedyś nikt by nie uwierzył, że można tak spokojnie przechodzić obok trupów i myśleć, że przecież im jest wszystko jedno, że nie marzną, że nic ich nie boli. Nikt by nie uwierzył, że ludźmi zawładną dziwna, prawie niewolnicza obojętność, poczucie beznadziei i bezsilności, pragnienie, żeby umrzeć i nic już nie czuć.”

 

Jeszcze przed sięgnięciem po tę książkę można mieć mylne wrażenie, że z uwagi na temat książka będzie toporna i trudna w odbiorze. Nic bardziej mylnego. Po zaledwie kilku stronach można śmiało cofnąć te słowa, bo „Mam na imię Maryte” jest jedną z tych książek, które czyta się z zapartym tchem i ogromnym bólem w sercu.

Ta książka to przede wszystkim obraz trudów tułaczki, ponownego, złudnego doświadczeniu miłości, przeżywania kolejnych tragedii i życia w cieniu co chwila pojawiającej się śmierci. Język, którym operuje Šlepikas sprawia, że powieść, która opiera się na faktach wdziera się siłą w nasze myśli i pozostaje tam jeszcze na długo po jej przeczytaniu. Autor porusza bowiem niezwykle trudny temat, który pod wpływem fikcji łatwo można przekształcić i całkowicie zmienić jego ostateczny wydźwięk (powieści inspirowane prawdziwymi wydarzeniami w ostatnim czasie sprawił, że mogliśmy doświadczyć sporo takich przypadków). W przypadku „Mam na imię Maryté” autor nie próbuje na siłę dodawać zwrotów akcji i kolejnych dodatkowych wątków – sama ta historia już sama dostatecznie się broni.

Ocena: