Literatura czeska,  Recenzje

Mona – Bianca Bellová

Bianca Bellová znana jest polskiemu czytelnikowi z powieści „Jezioro” wydanej w 2018 roku przez wydawnictwo Afera. Autorka wraca do nas teraz z nową powieścią zatytułowaną „Mona”, która choć stylistycznie przypomina nieco poprzednią powieść, jest świeżym powiewem na rynku wydawniczym. Która z tych powieści jednak jest lepsza? Czy da się w ogóle ocenić je w ten sposób?


„Mona” to historia bohaterki żyjącej w świecie, który tylko pozornie różni się od naszego. Czas i miejsce nie jest dokładnie określone, choć od pierwszych stron nasuwa ono sporo skojarzeń. W tym świecie od razu czuje się niepokój i niepewność. Ma się też wrażenie, że wystarczy zaledwie chwila, aby być świadkiem upadku i nieuniknionego końca. No właśnie, ale końca czego? Ludzkich praw? Całego świata? Wygląda na to, że jedno i drugie.

Myśli kotłujące się w głowie bohaterki w przerwie między pracą a domem pozwalają nam poznać ją nieco bliżej. Nie ma tutaj miejsca na jakiekolwiek bliższe relacje, o uczuciach ciężko już w ogóle w jakikolwiek sposób się rozpisywać. Wiemy jak wyglądało życie kobiety będącej małą dziewczynką, wiemy też, jak kształtuje się ono obecnie. Pozbawiony emocji, zapatrzony we własne sprawy mąż i zamknięty w sobie syn to teraźniejszość Mony.

Kontrast między tymi wspomnieniami jest niewyobrażalny. Strona po stronie pojawia się coraz więcej pytań, na które odpowiedzi przychodzą z czasem, albo w ogóle się one nie pojawiają. Historia Mony wydaje się być przez to jeszcze bardziej tajemnicza, niepewna i niebezpieczna. Zostawia też ogromne pole do własnych interpretacji. Tak, powieść Bianki Bellovej to idealne pole do kształtowania wyobraźni.

„Czasem uśmiechał się do Mony i mówił, jak mu przykro, że nie może wykonywać kobiecych prac – sprzątać, gotować, prać – i że teraz by się to przydało, skoro on nie ma już zamówień, a ona jest tak zmęczona.”

Młoda kobieta pokazuje nam świat ze swojej perspektywy. Jej punkt widzenia jest surowy, nieprzesycony słowami i obrazami. Do szpitala, w którym pracuje przewożeni są kolejni ranni z frontu. Trwa wojna, budynek szpitala nie nadaje się do użytku – w pękających ścianach pojawiają się pnącza, które podobnie jak ranni, kurczowo trzymają się życia. Mona nawiązuje więź z jednym z pacjentów, nie chce pozwolić na to, aby młody mężczyzna umarł od tak, na jej oczach. Robi wszystko, aby do tego nie dopuścić, choć w szpitalu od dawna brakuje podstawowych leków.

„-Dlaczego siedzisz bez opiekuna, niemoralna kobieto?

-Zasłaniasz mi słońce – odpowiedziała. – Całe życie chodzę bez opiekuna i tak już zostanie.”

Dosyć szybko dowiadujemy się, jak wygląda rola kobiet w świecie bohaterki. Scena, w której Mona proponuje swojemu synowi śniadanie w jednej z kawiarni była tylko nakreśleniem całego obrazu tego tematu. Monie zostaje postawiony warunek przebywania w miejscu publicznym – jej włosy muszą pozostać zasłonięte. Nie powinna też wychodzić sama, ale ze swoim „opiekunem”, w przeciwnym wypadku staje się niemoralna.

Przykładów takich jak powyżej jest bardzo wiele. Mąż, który nie może wykonywać „kobiecych prac”, mężczyźni, którzy mogą być leczeni wyłącznie przez mężczyzn, a kobiety przez kobiety, aranżowane małżeństwa, brak jakichkolwiek relacji i uczuć. Wojna. To rzeczywistość, z którą przychodzi się zmierzyć tytułowej bohaterce. Pytanie, które od razu się nasuwa, to czy walka w takim świecie jest w ogóle możliwa i ma jakikolwiek sens.

„Poniżać można na różne sposoby. Mona zna ich wiele, z opowieści i z własnego doświadczenia. Cmokanie na ulicy. Irytujące stukanie ołówkiem o okienko przez urzędnika w banku, zniecierpliwionego tym, że Mona zbyt długo szuka właściwego dokumentu. Niechciane dotyki w autobusie. I niekończące się uwagi, i wyzywanie od kurw, kiedy ma odkrytą głowę. Nigdy do tego nie przywyknie, do tego nie da się przywyknąć.”

I choć „Jezioro”, jako pierwsza książka autorki, wywarła na mnie nieco większe wrażenie, „Mona” i tak pozostaje w głowie na długo. Czytelnik staje się świadkiem stopniowo pojawiających się relacji. Relacji, których zadaniem jest dawanie jakichkolwiek nadziei na normalność. Bo „Mona” to próba poszukiwania chociaż cienia szansy na stabilne życie pełne praw i możliwości. W świecie, w którym każdego dnia nie trzeba walczyć o minimalny szacunek. Ostanie kilka stron książki to obraz tej cichej walki i wiary w to, że coś może się jeszcze w tym temacie zmienić.

Styl Bianki Bellovej zachwycał w „Jeziorze”, zachwyca i teraz. W prozie autorki największą moc ma emanująca zewsząd cisza, która wywiera o wiele większy wpływ niż głośne dobijanie się słowami i przesyconymi frazami. To właśnie brak umiejscowienia historii w konkretnym miejscu i czasie sprawia, że tak mocno oddziałowuje ona na emocje. To czytelnik tworzy jej dalszy ciąg, dopowiada ją i kształtuje na swój własny sposób. To niezaprzeczalnie jeden z największych atutów prozy Bellovej.

Ocena: